Dziwna to magia liczb, ale ten - 101 post na blogu - jest najprawdopodobniej ostatnim, przynajmniej na jakiś czas, z mojej perspektywy oby jak najdłuższy. Od kilku miesięcy przygotowywaliśmy wspólnie z Maciejem Karłowskim i Mariuszem Adamiakiem nowy portal jazzowy Jazzarium.pl - i oto objawił się on światu 15 czerwca. Pełnię tam funkcję szefa redakcji i piszę dużo, dużo, dużo [...] dużo więcej i częściej niż tutaj.
Znajdziecie tam recenzje płyt, relacje z koncertów, wywiady z muzykami, kalendarz i sporo muzyki do słuchania i oglądania.
Z własnoręcznie popełnionych przeze mnie tekstów polecam rozmowę z Patem Metheny'm, relacje z Warsaw Summer Jazz Days czy recenzję nowej płyty Jamesa Cartera, nagranej przy udziale m.in. Sinfonii Varsovi i Reginy Carter.
Szukajcie, a znajdziecie - mam nadzieję, że się Wam spodoba!
Pozdrawiam!
kajtek
niedziela, 26 czerwca 2011
wtorek, 10 maja 2011
Otwarte Forum Jazzu
Witam,
po spotkaniu na konwencji muzyki postanowiliśmy powołać listę mailową i mam nadzieję także poza internetowy byt pod nazwą Otwarte Forum Jazzu. 2 godziny panelu dyskusyjnego podczas konwencji to trochę mało by dobrze przygotować wnioski i propozycje zmian dotyczące sytuacji jazzu w Poslce dla Instytutu Muzyki i Tańca czy Ministerstwa Kultury.
Poniżej przesyłam pierwszy list który pojawił się na grupie, podsumowujacy subiektywnie nasze spotkanie i zapraszający do dalszej dyskusji.
Zachęcam do dołączenia do grupy:
* Nazwa grupy: Otwarte Forum Jazzu
* Strona główna grupy: http://groups.google.com/group/otwarte-forum-jazzu
* Adres e-mail grupy otwarte-forum-jazzu@googlegroups.com
Można też napisać do mnie na facebooku załączając adres emailowy, wtedy sam dołączę osobę zainteresowaną.
Pozdrawiam,
kajtek prochyra
Cześć,
Marek Dusza przygotuje raport z dzisiejszego panelu. Ja chciałbym
wypunktować kilka obszarów tematycznych, których skonkretyzowaniem
powinno się moim zdaniem zająć Otwarte Forum Jazzu.
Przez Otwarte Forum Jazzu rozumiem zbiór osób - Muzyków, Promotorów,
Krytyków, Autorytety a także inne osoby zainteresowane i chcące
poświęcić swój czas i energię dla poprawienia sytuacji jazzu i
środowiska jazzowego w Polsce.
Celem Forum powinno być wypracowanie nie tyle postulatów, ile planu i
kierunków rozwoju środowiska jazzowego w Polsce, tak by ministerstwu
kultury przedłożyć wnioski nie w formie
życzeniowo-intencjonalno-
wizyjnej, ale raczej: Chcemy tego i tego,
planujemy osiągnąć to tak i tak, potrzebujemy takiej i takiej pomocy
MKiDN tu, tu i tu.
Zanim przejdę do "obszarów tematycznych", chciałbym wspomnieć kilku
nieobecnych na konwencji, mam nadzieję, że niedługo obecnych na forum,
nie tylko na grupie mailowej, ale także na spotkaniach twarzą w twarz.
Myślę o:
- środowisku awangardy Mikołaju Trzasce, Raphaelu Rogińskim, Pawle
Szamburskim, Maciu Morettim, Wacławie Zimplu itd
- przedstawicielach wydawnictw płytowych, zarówno wielkich jak np.
Universal (Piotr Rzeczycki) jak i mniejszych, a budujących,
przynajmniej w pewnych kręgach, polską jazzową markę - Marek Winiarski
- Not Two, Wawrzyniec Mąkinia, Tomasz Konwent - Multikulti.
Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale, drogi przynajmniej tej pierwszej
grupy nie krzyżowały się dotąd z jazzowymi stowarzyszeniami, a
powinny, jeśli ma ono być reprezentatywne dla środowiska.
Poruszone sprawy do załatwienia:
1. Potrzebne jest stowarzyszenie muzyków jazzowych (Zbigniew Namysłowski)
1a). Kto reprezentuje środowisko jazzowe w Polsce? (Wojtek Konikiewicz)
- czy należy masowo zapisywać się do Polskiego Stowarzyszenia
Jazzowego i na tym gruncie próbować zmieniać świat, czy też należy
powołać do życia nowy byt - zaczynać od zera, bez obciążeń, ale też
bez niczego?
Wymieniam ten punkt jako pierwszy, bo wykonawcą wszystkich pozostałych
powinno być de facto stowarzyszenie zrzeszające ludzi jazzu. PSJ lub
inne.
2. Potrzebne jest stworzenie internetowej (i nie tylko),
wielojęzycznej bazy wiedzy o muzykach i jazzie w Polsce.
Każdy członek stowarzyszenia miałby poświęconą sobie podstronę, z
dyskografią, listą osiągnięć, najbliższymi koncertami, a docelowo
także zdigitalizowaną twórczością (sklep muzyczny). (Andrzej
Kalinowski)
- to dość jasne, potrzeba tylko pieniędzy i przetargu na wykonanie
serwisu, przygotowania ankiety wśród środowiska, oraz osób zajmujących
się aktualizacją strony.
3. Stowarzyszenie powinno być źródłem pomocy prawnej dla muzyków i
promotorów (A. Kalinowski)
a także miejscem, w którym można uzyskać informacje i pomoc w
pozyskiwaniu grantów z wszelkiego rodzaju funduszy polskich, unijnych,
norweskich etc.
- to chyba też dość jasne. tylko skąd wziąć pieniądze na zatrudnienie
owych specjalistów.
4. Konieczne jest otwarcie polskiego środowiska jazzowego na kontekst
europejski (udział w tagach, festiwalach, warsztatach, współpraca z
odpowiednikami stowarzyszenia w innych krajach. (A. Kalinowski)
- jak to zrobić?
- czy powinien to robić Instytut Adama Mickiewicza, jeśli tak to czy
to robi i jeśli nie wystarczająco to dlaczego?
5. Wprowadzenie na arenę europejską polskiego wydawnictwa płytowego,
promującego polskich artystów i ich współpracę z innymi twórcami (A.
Kalinowski)
np. na wzór portugalskiego Clean Feed
- jak to osiągnąć?
- skąd wziąć na to pieniądze?
- czy np. poprzez dotowanie istniejących (mimo wszystko prywatnych i
komercyjnych) wydawnictw jak Not Two czy Multikulti lub inne.
6. Odnowienie marki i przywrócenie prestiżu festiwalu Jazz Jamboree
(Paweł Kwiatkowski)
- skoro nazwa nie jest już zamknięta w sejfie, to co stoi na przeszkodzie?
- skąd wziąć na to pieniądze?
(jak rozumiem np. występując o dofinansowanie do ministerstwa i urzędu
miasta w przyszłym roku, bo w tym sprawa jest już stracona)
7. Edukacja (Marek Dusza, Włodek Pawlik i wielu innych)
- czy potrzebny jest raport o stanie edukacji jazzowej w Polsce?
- czy potrzebny jest nowy wydział jazzu? jak i gdzie?
- co jest źle i jak to zmienić?
(gigantyczny temat, chyba największy ze wszystkich i nic o nim nie wiem)
8. Potrzebny jest klub jazzowy w Warszawie (Marita Alban Juarez)
- co z Tygmontem? Czy można ożywić to miejsce?
- czy możliwe jest powstanie klubu jazzowego na warunkach wolnorynkowych?
- czy możliwe jest powstanie klubu jazzowego, którego mecenasem będzie miasto?
Docelowo mogłaby powstać "sieć" takich klubów stowarzyszenia, w której
np. zasadą mogłoby być granie za bilety, zamykanie baru na czas
koncertu, koncerty familijne o 14tej (Marita)
9. Opieka nad muzykami. Welfare.
- ubezpieczenia muzyków
- co zrobić by Dzień Szakala był tylko dodatkiem dla działań
stowarzyszenia jazzowego a nie najkonkretniejszą szansą na pomoc
muzykowi w potrzebie?
- co zrobić by zasłużeni artyści dostawali wsparcie i honory nie tylko
pośmiertnie?
10. Obecność jazzu w mediach (Maciej Karłowski)
- czy Jazz Forum spełnia swoje zadania?
- czy możliwa jest jakakolwiek ekspansja jazzu na inne anteny niż PR
II czy radioJazz.fm?
- jak promować jazz?
11. Archiwizacja, digitalizacja zbiorów (Krzysztof Sadowski)
12. Współpraca środowiska jazzowego z Instytutem Muzyki i Tańca (Piotr Rodowicz)
nie tylko w kwestii raportu i wniosków dla MKiDN ale także szerzej
patrząc w przyszłość.
- jak będzie wyglądał instytut muzyki, czy będzie przyznawał granty na
projekty jak Polski Instytut Sztuki Filmowej czy realizował inne formy
finansowego wspierania muzyki?
- na jakim poziomie będą zapadały decyzje, czy będzie np. departament
jazzu ze swoim budżetem?
13. Formy finansowania
W większości powyższych punktów sprawa rozbija się o pieniądze.
Oczywiście można ustawić się w kolejce do MKiDN i będzie to trzeba tak
czy siak zrobić, ale nie może to być wyłączne źródło finansowania
działalności stowarzyszenia. Nie wiem z czego utrzymuje się PSJ, ale
należy opracować strategię finansowania chociaż części kosztów pracy
opisanej instytucji.
14. Kolejne spotkanie.
Moim zdaniem powinniśmy spotkać się jeszcze, w jak najszerszym kręgu,
w maju, przed wakacjami, by nie stracić pół roku do października.
Symbolicznym miejscem spotkania mógłby być Tygmont,
alternatywnym Dom Kultury Praga - nie dość, że mają bardzo dobry cykl
Na Pradze Jest Jazz, to jeszcze mieszczą się 300 metrów od mojego
domu.
Chciałbym by na spotkaniu, oprócz jak największej liczby
przedstawicieli środowiska jazzowego z każdej możliwej strony, pojawił
się także ktoś z Otwartego Forum Środowisk Sztuki Tańca, które
przeszło drogę, która przed nami, czy też część drogi przeszło za nas,
bo to oni właśnie uradzili i wychodzili w ministerstwie powstanie
Instytutu Muzyki i Tańca.
Mamy więc aż 14 tematów do dyskusji, a pewnie dojdą kolejne. Plus
oczywiście kwestie związane z samym Otwartym Forum Jazzu i wszystkim
co powyżej napisałem i czego nie napisałem.
Jeśli coś przekręciłem, o czymś zapomniałem, bardzo proszę o dopisanie.
Wydaje mi się, że dla przejrzystości, mam nadzieję burzliwej i owocnej
dyskusji, proponuję następującą strategię:
Jeśli ktoś chciałby zabrać głos w wybranym temacie niech w temat
wiadomości wpisze np.
1. Kto reprezentuje środowisko jazzowe w Polsce?
Wiadomość o takim temacie wysyła na adres grupy czyli
otwarte-forum-jazzu@googlegroups.com
Wiadomość ta trafi do wszystkich z naszej listy.
Kolejne głosy w tym temacie niech będą odpowiedzią na tamtą wiadomość.
W razie czego spróbuję jakoś na bieżąco udrażniać przepływ informacji.
Równolegle zamieszczam powyższy tekst na facebookowej grupie: Co się
dzieje z polskim jazzem?
Pozdrawiam,
do przeczytania, do zobaczenia,
kajtek prochyra
niedziela, 1 maja 2011
Nowe oblicze Hery - koncert w Cafe Kulturalna
Jeśli ktoś mi znowu powie, że w jazz się skończył, albo, że na polskiej scenie nic ciekawego się nie dzieje, to znaczy, że nie był na koncercie Hery.
Przez cały koncert widać i przede wszystkim słychać że mamy do czynienia z absolutnie znakomitym i równym zespołem muzyków na niesamowicie wysokim poziomie, zarówno koncepcyjnym, jak i wykonawczym. Muzykologom pozostaje ujmowanie gry poszczególnych muzyków w słowa, ale mnie ich muzyka porywała i fascynowała, energia płynąca od zaklętego w transie Wójcińskiego, niesamowity polot Szpury, który potrafił zarówno stworzyć niespotykany, zagruzowany wręcz chaos i wyprowadzić z niego porządek. Postaremczaka już porównałem do Coltrain'a a Zimpla chwalę przy każdej okazji.
Czujni słuchacze wiedzieli już od dawna, że mamy kilku świetnych, twórczych muzyków, którzy nie tylko znakomicie grają, ciekawie myślą i poszukują, ale także potrafią pociągnąć za sobą innych twórców - Mikołaj Trzaska, Rapahel Rogiński, Wacław Zimpel czy (na nieco innych warunkach) Ken Vandermark(owski). Poczucie pewnego niedosytu budził fakt, że ich muzyczne przedsięwzięcia miały charakter nietrwały - zawiązanie składu, koncert albo trzy, płyta (jeśli się uda) i projekt, choć często zapadał nie jednemu słuchaczowi w pamięci na bardzo długo, rozpływał się nie wiadomo gdzie. Zapewne będzie tak dalej, bo taka trochę chyba jest natura muzyki improwizowanej, tworzonej energią spotkania danych muzyków w danym miejscu i czasie.
Odstępstwem od tej rozwiązłej praktyki jest zespół Hera, czyli Wacław Zimpel (na ogół klarnet), Paweł Postaremczak (na ogół saksofon), Ksawery Wójciński (kontrabas) i Paweł Szpura (perkusja).
W zeszłym roku ukazała się ich pierwsza płyta, inspirowana po części muzyką liturgiczną, mitologią grecką i oczywiście muzyką improwizowaną. Pisałem o niej entuzjastycznie tutaj.
Parę dni temu nagraliśmy w Poznaniu materiał na naszą drugą płytę. Nagrania poprzedził szereg koncertów i prób. Zupełnie niezwykłym przeżyciem było dla nas spotkanie z Hamidem Drakiem, z którym mieliśmy zaszczyt zagrać jam podczas Lubelskiego Featiwalu Jazzowego. To spotkanie otworzyło nas na głębokie stany medytacyjne, których można doświadczać poprzez koncentrację na dźwięku i rytmie. Bardzo chcemy się podzielić tymi doświadczeniami na warszawskim koncercie w Cafe Kulturalna.
Już od pewnego czasu każda nowa praca Zimpla czy z jego udziałem (Passion, Ircha, Zimpel/Kusiołek) dostarczają absolutnie wyjątkowych przeżyć. Nowa odsłona Hery, tym bardziej po chłodnej recenzji ich lubelskiego występu, była dla mnie jazdą obowiązkową.
Koncert w Kulturalnej otworzył Zimpel na małej fisharmonii (? miechowym instrumencie klawiszowym, wielkości walizki) wprowadzając medytacyjny, wyciszony klimat. Widać było, że jest to preludium, wstęp również dla muzyków, by wejść w nastrój, rytm muzyki. Po chwili dołączył do leadera Ksawery Wójciński, w najwyższych, śpiewnych rejestrach pociąganego smykiem kontrabasu. Na to nałożył jeszcze swoje połamane, jakby rozsypywane, wyburzane na naszych oczach rytmy bębnów. Nagle z tego nieporządku wyłowił się repetatywny, grooviący wręcz podkład, riff z klawiszy Zimpla, w parze z wyraźnym, prostym beatem Szpury i szybkim energicznym graniem Wójcińskiego.
Aż tu nagle do gry włączył się Paweł Postaremczak. Boje się zawsze używać słów na D. czy C. ale było w jego grze coś z magii nagrań Coltrane'a - połączenie spokoju, finezji, z jednej strony niepasującego do pędzącej sekcji rytmicznej, z drugiej doskonale w nią wsłuchanego. Fantastyczny, długi, jazzowy popis.
Ledwo wybrzmiał pierwszy utwór, Zimpel, nie czekając na brawa publiczności, uniósł nad nią kilkumetrową trombitę wprowadzając stężałe powietrze w basowe drganie. Postaremczak również zmienił saksofon na instrument (znów dostanie mi się za brak wiedzy) wyglądający jak ludowy protoplasta fagotu, obdarzony bardzo wysokim lekkim, powietrznym dźwiękiem. Rolę trombity przejmuje za chwilę Wójciński a Postaremczak (znów sax) z Zimplem (tym razem na klarnecie basowym) rozpoczynają wspólną, płomienną grę, znów w zaskakująco jazzowym stylu. Zaiste płonący utwór kończą sami, we dwóch kojącym, ciepłym, brzmieniem ich gentle side.
Przez cały koncert widać i przede wszystkim słychać że mamy do czynienia z absolutnie znakomitym i równym zespołem muzyków na niesamowicie wysokim poziomie, zarówno koncepcyjnym, jak i wykonawczym. Muzykologom pozostaje ujmowanie gry poszczególnych muzyków w słowa, ale mnie ich muzyka porywała i fascynowała, energia płynąca od zaklętego w transie Wójcińskiego, niesamowity polot Szpury, który potrafił zarówno stworzyć niespotykany, zagruzowany wręcz chaos i wyprowadzić z niego porządek. Postaremczaka już porównałem do Coltrain'a a Zimpla chwalę przy każdej okazji. Ostatni utwór znów otwiera wielka nie-harmonia uderzeń Szpury i szarpnięć i Wójcińskiego. Po chwili zapada cisza, w której rozbrzmiewa ponownie mini harmonium Zimpla, a do zespołu dołącza dama na instrumencie zbliżonym do indyjskiego sitar (choć jedynie 4 strunowego, przynajmniej klucze na gryfie były 4). Sekcja Hery, jak wcześniej z nieporządku wyprowadzała groove, tak teraz w świat orientu włącza euro-amerykańską rytmikę. Po chwili już nie słychać ani harmonii Zimpla, ani sitaru(?) choć dama cały czas, w tym samym wolnym tempie, oszczędnie szarpie 4 struny i tak przez kolejne kilkanaście, może więcej minut. Zimpel chwyta klarnet, nogą wciąż operując miechem harmonii. Dźwięki wprowadzają w stan pół-snu, transu, w którym bardzo cieleśnie zaczyna się odbierać muzykę. Coraz mniej słychać, coraz więcej czuć. Odkrywa się nagle, że słuchanie też jest pracą, wysiłkiem, wykorzystaniem energii. Kiedy utwór dobiega końca, po raz pierwszy tego wieczoru, czy nocy, bo na zegarze wybiła już dwunasta) pojawia się miejsce na brawa publiczności - długie, choć obie strony chyba czują, że na bis nie ma już miejsca. Trzeba otrząsnąć się po tym przeżyciu.
Słuchając koncertu Hery, obserwując te wszystkie instrumenty, których nazw nie znam, a za razem przenosząc się w inny wymiar, gdy ich muzyka była chyba bardziej jazzowa niż dotąd, czy niż w ogóle grywa się ostatnimi czasy, zastanawiałem się czy te trombity, fagoty, sitary rzeczywiście są potrzebne, czemu służy ta "ludowość", oprócz tego by wyrósł na niej ten piękny kwiat wspólnej improwizacji? Nie wiem, ale ten kwiat podoba mi się tak bardzo, że wiedzieć, póki co nie muszę.
Bardzo przyjemne to uczucie być świadkiem narodzin nowej muzyki. Bez wątpienia, po czasie yassu, za sprawą poznańskiego Dragona i wydawnictwa Multikulti, krakowskiej Alchemii i Not Two oraz warszawskiej Chłodnej25 (Powiększenia a także kliku innych miejsc) oraz wydawnictwa LADO ABC pojawiła się nam między Odrą a Bugiem nowa muzyczna jakość wielkiej próby. Czekam na nową płytę Hery, i kolejną, i kolejną - pierwszego Zespołu nowej polskiej improwizacji.
Kajetan Prochyra
Tym czasem polecam koncert Hery z poznańskiego Dragona z listopada ubiegłego roku.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Era Jazzu: Regina Carter
Kiedy jestem na koncercie muzyka, którego bez wątpienia mogę nazwać Artystą przez duże "A" - niezależnie od jego wieku, czy instrumentu, którym włada - uczucia mam bardzo podobne: ten ktoś ma mi coś do powiedzenia i, nie udając, daje mi, kawałek siebie. Tak było na koncercie kwartetu Wayne'a Shortera, tria Vijay'a Iyera a także ostatnio... kwintetu Reginy Carter.
Nie jestem fanem ani skrzypiec w jazzie, ani fuzji tego ostatniego z muzyką świata. Na kwietniowym koncercie Ery Jazzu znalazłem się przez przypadek. Pierwszy utwór, w blasku flashy fotoreporterów, wydał się poprawny. Wesoło, melodyjnie, bez fajerwerków. Wyróżniał się jedynie, choć przez wzgląd na swój tradycyjny strój i nietypowy instrument, Yacouba Sissoko, malijski wirtuoz kory - wydrążonej wielkiej tykwy, z wystającym gryfem, na którym rozpięte jest 21 strun. Po chwili jednak, gdy migawki ucichły rozbrzmiał utwór, po którym było już jasne, że wieczór ten będzie szczególny.
Regina Carter, podobnie jak Jason Moran, stypendystka MacArthur Fellowship, zwanego nagrodą geniuszy, zapowiedziała kompozycję poświęconą ofiarom huraganu Cathrina, który szczególnie dotkliwie dotknął kolebkę amerykańskiego jazzu - Louisianę. Popis rozpoczął na akrodeonie Will Holshauser, znany polskiej publiczności m.in. z Klezmer Madness! Davida Krakauera. Duch jazzowych procesji przemierzających miasto wypełnił salę Palladium, w dodatku akordeon to raczej instrument europejski, obecny głownie w muzyce cygańskiej, żydowskiej, ale także, przynajmniej kiedyś, nieodłączny towarzysz polskich wesel. Można było wyobrazić sobie, że tak jak Holshauser w pierwszej dekadzie XXI wieku, tak kiedyś, jakiś emigrant z Polski mógł szaleć na harmonii nad rzeką Missisipi sto lat wcześniej. Szczególnie poruszające było jednak solo leaderki, której przez kilka minut nie towarzyszył żaden muzyk, żadna sekcja. W absolutnej ciszy zagrała tak, jakby stała na czele pochodu przez Nowy Orlean, pełnego trąbek, bębnów, tarek. Słuchacz w głowie słyszał te wszystkie instrumenty, aż do momentu kiedy w melodii granej przez Reginę pojawiała się pauza, raz dłuższa, raz krótsza. Wtedy do głosu dochodzili nieobecni. Piękny pomysł. Z zadumy wyprowadził jednak zaraz perkusista Alvester Garnett, siłą i polotem swojego udożenia prawie rozniósł mury przy ul. Złotej.
Tematem wieczoru była jednak muzyka afrykańska. Nie było to bynajmniej podyktowane modnym ostatnio trendem. Z doboru repertuaru, nawiązań, a nawet odtworzonego w trakcie koncertu prawdziwego nagrania ludowych muzyków z Mali, widać było jasno ze Regina Carter i jej towarzysze odbyli podróż w poszukiwaniu prawdziwych muzycznych korzeni jazzu i kultury amerykanów pochodzenia afrykańskiego, albo i ameryki w ogóle.
Usłyszeliśmy pieśni Ugandyjskich Żydów (Hiwumbe Awumba), kompozycję "Una Aguinaldo" Afrykanów z Puerto Rico, utwór z repertuaru słynnego śpierwającego niewidomego małżeństwa Amadou i Maryam, muzykę z Madagaskaru i przede wszystkim z Mali.
Muzycy jednak nie stylizowali swojej gry, nie grali "na ludowo". Było to prawdziwe spotkanie jazzowych wirtuozów z tradycją, po to by czegoś więcej dowiedzieć się o samym sobie. Ruch w przeciwnym kierunku wykonał może tylko Yacuba Sissoko, który na korze wykonywał popisy zbliżone do Paco De Lucii czy Ala Di Meoli. Regina Carter zarówno muzycznie jak i przestrzenie stanowiła most między Malijczykiem (z lewej strony estrady) i Holshauserem (z prawej); między tradycją Afrykańską a nowojorkso-żydowską. Wszyscy muzycy wzajem się do siebie uśmiechali, nie pod publiczkę, bawili się grą. Schodząca co jakiś czas w kulisę Regina, w trakcie popisów swoich kolegów dyskretnie tańczyła, kołysała się, czerpała energię by potem oddać ją publiczności i muzykom z nawiązką. Imponująca była ta swoboda, jazzowy "flow" jaki Carter ma na, wydawać by się mogło europejskim, klasycznym instrumencie Paganiniego, Perlmana czy Bacewicz. Z drugiej strony, wszyscy oni, do historii muzyki przeszli właśnie dzięki owemu "flow".
Koncert promował (choć nie wiem czy to dobre słowo, bo póki co płyta dostępna jest wyłącznie w USA lub w formie elektronicznej) najnowszy album artystki pt. "Reverse Thread".
Świetny, popisowy, mądry, nowatorski, niebanalny koncert znakomitych Artystów.
Kajetan Prochyra
Nie jestem fanem ani skrzypiec w jazzie, ani fuzji tego ostatniego z muzyką świata. Na kwietniowym koncercie Ery Jazzu znalazłem się przez przypadek. Pierwszy utwór, w blasku flashy fotoreporterów, wydał się poprawny. Wesoło, melodyjnie, bez fajerwerków. Wyróżniał się jedynie, choć przez wzgląd na swój tradycyjny strój i nietypowy instrument, Yacouba Sissoko, malijski wirtuoz kory - wydrążonej wielkiej tykwy, z wystającym gryfem, na którym rozpięte jest 21 strun. Po chwili jednak, gdy migawki ucichły rozbrzmiał utwór, po którym było już jasne, że wieczór ten będzie szczególny.
Regina Carter, podobnie jak Jason Moran, stypendystka MacArthur Fellowship, zwanego nagrodą geniuszy, zapowiedziała kompozycję poświęconą ofiarom huraganu Cathrina, który szczególnie dotkliwie dotknął kolebkę amerykańskiego jazzu - Louisianę. Popis rozpoczął na akrodeonie Will Holshauser, znany polskiej publiczności m.in. z Klezmer Madness! Davida Krakauera. Duch jazzowych procesji przemierzających miasto wypełnił salę Palladium, w dodatku akordeon to raczej instrument europejski, obecny głownie w muzyce cygańskiej, żydowskiej, ale także, przynajmniej kiedyś, nieodłączny towarzysz polskich wesel. Można było wyobrazić sobie, że tak jak Holshauser w pierwszej dekadzie XXI wieku, tak kiedyś, jakiś emigrant z Polski mógł szaleć na harmonii nad rzeką Missisipi sto lat wcześniej. Szczególnie poruszające było jednak solo leaderki, której przez kilka minut nie towarzyszył żaden muzyk, żadna sekcja. W absolutnej ciszy zagrała tak, jakby stała na czele pochodu przez Nowy Orlean, pełnego trąbek, bębnów, tarek. Słuchacz w głowie słyszał te wszystkie instrumenty, aż do momentu kiedy w melodii granej przez Reginę pojawiała się pauza, raz dłuższa, raz krótsza. Wtedy do głosu dochodzili nieobecni. Piękny pomysł. Z zadumy wyprowadził jednak zaraz perkusista Alvester Garnett, siłą i polotem swojego udożenia prawie rozniósł mury przy ul. Złotej.
Tematem wieczoru była jednak muzyka afrykańska. Nie było to bynajmniej podyktowane modnym ostatnio trendem. Z doboru repertuaru, nawiązań, a nawet odtworzonego w trakcie koncertu prawdziwego nagrania ludowych muzyków z Mali, widać było jasno ze Regina Carter i jej towarzysze odbyli podróż w poszukiwaniu prawdziwych muzycznych korzeni jazzu i kultury amerykanów pochodzenia afrykańskiego, albo i ameryki w ogóle.
Usłyszeliśmy pieśni Ugandyjskich Żydów (Hiwumbe Awumba), kompozycję "Una Aguinaldo" Afrykanów z Puerto Rico, utwór z repertuaru słynnego śpierwającego niewidomego małżeństwa Amadou i Maryam, muzykę z Madagaskaru i przede wszystkim z Mali.
Muzycy jednak nie stylizowali swojej gry, nie grali "na ludowo". Było to prawdziwe spotkanie jazzowych wirtuozów z tradycją, po to by czegoś więcej dowiedzieć się o samym sobie. Ruch w przeciwnym kierunku wykonał może tylko Yacuba Sissoko, który na korze wykonywał popisy zbliżone do Paco De Lucii czy Ala Di Meoli. Regina Carter zarówno muzycznie jak i przestrzenie stanowiła most między Malijczykiem (z lewej strony estrady) i Holshauserem (z prawej); między tradycją Afrykańską a nowojorkso-żydowską. Wszyscy muzycy wzajem się do siebie uśmiechali, nie pod publiczkę, bawili się grą. Schodząca co jakiś czas w kulisę Regina, w trakcie popisów swoich kolegów dyskretnie tańczyła, kołysała się, czerpała energię by potem oddać ją publiczności i muzykom z nawiązką. Imponująca była ta swoboda, jazzowy "flow" jaki Carter ma na, wydawać by się mogło europejskim, klasycznym instrumencie Paganiniego, Perlmana czy Bacewicz. Z drugiej strony, wszyscy oni, do historii muzyki przeszli właśnie dzięki owemu "flow".
Koncert promował (choć nie wiem czy to dobre słowo, bo póki co płyta dostępna jest wyłącznie w USA lub w formie elektronicznej) najnowszy album artystki pt. "Reverse Thread".
Świetny, popisowy, mądry, nowatorski, niebanalny koncert znakomitych Artystów.
Kajetan Prochyra
niedziela, 10 kwietnia 2011
Andrzej Przybielski with Oleś Brothers "De Profundis"
Nie znałem Majora ani Andy'ego Peperskiego, jak mówił o sobie Andrzej Przybielski. Usłyszałem o nim sięgając po wspólną jego płytę z Sing Sing Penelope pt. "Stirli People". Kim był ten znakomity trębacz i wielka osobowość dowiedziałem się tak na prawdę za sprawą tego albumu: "De Profundis" Andrzej Przybielski with Oleś Brothers.
Moja niewiedza nie jest bynajmniej chwalebna, bo szalona, pognieciona, pomazana karta w historii polskiego jazzu, zapisana ręką Przybielskiego wisi lub wisieć powinna w eksponowanym miejscu, w złotej ramie. Jego trąbki zarejestrował po raz pierwszy Czesław Niemen, na płycie "Marionetki", w 1973 roku. Później, w podobnym składzie, z Józefem Skrzekiem i Apostolisem Anthimosem zadął na dwóch płytach SBB. Po drodze nagrał muzykę Krzysztofa Knittla do słynnego spektaklu Teatru Telewizji "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna", wreszcie Tomasz Stańko zaprosił go na Pyeotl i Witkacego. Potem po nauki do Przybielskiego przychodzili grzecznie yassowcy: Tymon Tymański, Jerzy Mazzoll, Tomasz Gwiciński a także Kazik Staszewski, Stanisław Soyka i wielu, wielu innych. Od początku lat 90tych życia od Przybielskiego uczyli się bracia Olesiowie - Marcin i Bartłomiej "Brat" - muzycy, których przedstawiać nie trzeba.
9 lutego tego roku Andrzej Przybielski zmarł. O tym, jak barwne prowadził życie przeczytać można tutaj lub tutaj, z relacji naocznych świadków. Tutaj zaś można przeczytać piękne wspomnienie o Trębaczu autorstwa Marcina Olesia.
Dokładnie trzy miesiące później, do rąk słuchaczy trafia płyta "De Profundis" - ostatnie wspólne nagranie Andrzeja Przybielskiego z Braćmi Oleś, zarejestrowane w zeszłym roku w Bydgoszczy. "De Profundis" czyli z głębokości, z otchłani. Jak mówi Brat Oleś: Andrzej chciał by nagranie nosiło właśnie taki tytuł.
Album jest rejestracją koncertu, który odbył się 26go kwietnia 2010 roku w bydgoskim Art Cafe "Węgliszek". Muzyka jaka tam rozbrzmiała była kameralna, malarska, choć melodyjnością zapadająca w pamięć. Najważniejsze jest tu jednak brzmienie, sam ton, tembr, barwa, charakterystyczna, dla każdego z tej wspaniałej trójki z osobna i to, co się między nimi przez te, zaledwie trzy kwadranse, wydarza - a tego nikt słowami nie opisze.
W pierwszym zdaniu tego tekstu przyznałem się do wstydliwej niewiedzy z dziedziny, którą się zajmuję. Ośmielić tym chciałem innych jazzfanów młodszego pokolenia, którzy w swoich muzycznych podróżach Majora Bochemusa dotąd nie napotkali. Trafić na jego muzykę nie jest z resztą sprawą prostą - garsteczka jego autorskich płyt nie doczekała się dotąd kompaktowej reedycji. "De Profundis" to, tylko przez nieszczęśliwe okoliczności, piękny hołd złożone wybitnemu Trębaczowi. Muzycznie jest to jednak wspaniała kapsuła czasu, muszla zawierająca niezwykłe, liryczne, choć jakby mówiące, gadające, podśpiewujące, szwarne, szeleszczące, powietrzne brzmienie trąbek Andrzeja Przybielskiego, w towarzystwie młodych, znakomitych muzyków, którzy go rozumieją i potrafią wnieść siebie w jego świat. De Profundis ad infinitum.
RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
kajtek[małpa]radiojazz.fm
sobota, 12 marca 2011
Marcin Wasilewski Trio "Faithful"
Wasilewski Trio to, po projektach Tomasza Stańko, chyba najbardziej rozpoznawalna na świecie polska grupa jazzowa. Cały czas nazywa się ich młodym zespołem, choć w tym roku Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz obchodzić będą 18tkę - pełnoletniość wspólnego grania. Czy "Faithful" powtórzy sukces międzynarodowej popularności poprzedniego albumu - "January"? Muzycznie wszystko na to wskazuje.
Płyty te w ogólnym zamyśle są dość podobne, nawet od strony strukturalnej: "January" nagrano w Nowym Jorku, a zamyka ją improwizowana ballada pt. "New York 2007"; "Faithful" powstała w studio radiowym w Lugano, a ostatnia ścieżka krążka to "Lugano Lake". Na obu płytach kompozycje leadera przeplatają się z zapożyczeniami od innych muzycznych autorytetów. Już jednak w samym wyborze repertuaru Polacy poszli o krok dalej w nieznane. Nie ma już w tej muzycznej podróży bezpiecznych towarzyszy jak Bjork ("Hyperballad" z "Trio") Prince'a ("Diamonds and Pearls"), Morricone ("Cinema Paradiso"), czy ich wielki nauczyciel - Tomasz Stańko ("Balladyna").
Odwagi wymaga przełożenie na klasyczne trio muzyki Ornette'a Colemana, a w dodatku tytułowanie tak całej płyty. Ale jeśli radzi tak sam Manferd Eicher...
Album otwiera kompozycja Hannsa Eislera, autora m.in. hymnu NRD a także wieloletniego współpracownika Bertolta Brechta. Z nim właśnie napisali "An den kleinen Radioapparat", który na swą płytę zaadaptował Wasilewski. Zaraz po niej rozbrzmiewa niekwestionowany hit albumu autorska kompozycja polskiego pianisty "Night Traind To You". Choć można się śmiać, że jest to raczej historia podróży nocnym pociągiem z Koszalina do Warszawy przez Lębork, Malbork, Nasielsk, Legionowo... a raczej wygodna podróż Deutsche Bahnem z Dusseldorfu do Munchen, kompozycja jest lekka, pełna energii, pogody - prawdziwy przebój w jak najlepszym znaczeniu tego słowa.
Wśród niebanalnych źródeł inspiracji pojawia się jeszcze w kompozycji "Oz Guizos" Hermeto Pascoal - brazylijski jazzman, którego podziwiać można np. w takiej odsłonie...
Najciekawsze, co chyba najważniejsze, są utwory napisane przez samego Wasilewskiego. Obok "Last train..." w pamięć wbija się "Song for Świrek". Dedykowana pamięci Marka Świerkowskiego kompozycja oparta jest jakby na gitarowym riffie, które tutaj wykonuje fortepian. Nie można pominąć "Mosaic", w którym prym wiedzie kontrabas Sławomira Kurkiewicza, czy nastrojowego "Woke up in the desert" i delikatnego, wspomnianego już finału "Lugano Lake".
Jeden z internautów (którego imię i nazwisko nie brzmiało zbyt słowiańsko) nazwał Marcina Wasilewskiego najlepszym pianistą tej planety od czasów... Fryderyka Chopina. Gdzie indziej znaleźć można, obok peanów na cześć "January" obawy czy polskie trio nie będzie miało syndromu drugiej płyty. Na "Faithful" idą za ciosem, szukając nowej muzyki, stawiając na własne pomysły i patenty, a przy tym płyta wydaje się w duchu weselsza. Tymbardziej cieszy, że ich kolejny krążek ma nosić tytuł "Eksperyment". Teoretycznie w trio musi być leader, i jest, jednak czuje się, że ten zespół to jeden organizm - wielką radość sprawia podglądanie jego ewolucji, według rzadko stosowanej nad Wisłą strategii "zrównoważonego rozwoju".
Płyty te w ogólnym zamyśle są dość podobne, nawet od strony strukturalnej: "January" nagrano w Nowym Jorku, a zamyka ją improwizowana ballada pt. "New York 2007"; "Faithful" powstała w studio radiowym w Lugano, a ostatnia ścieżka krążka to "Lugano Lake". Na obu płytach kompozycje leadera przeplatają się z zapożyczeniami od innych muzycznych autorytetów. Już jednak w samym wyborze repertuaru Polacy poszli o krok dalej w nieznane. Nie ma już w tej muzycznej podróży bezpiecznych towarzyszy jak Bjork ("Hyperballad" z "Trio") Prince'a ("Diamonds and Pearls"), Morricone ("Cinema Paradiso"), czy ich wielki nauczyciel - Tomasz Stańko ("Balladyna").
Odwagi wymaga przełożenie na klasyczne trio muzyki Ornette'a Colemana, a w dodatku tytułowanie tak całej płyty. Ale jeśli radzi tak sam Manferd Eicher...
Album otwiera kompozycja Hannsa Eislera, autora m.in. hymnu NRD a także wieloletniego współpracownika Bertolta Brechta. Z nim właśnie napisali "An den kleinen Radioapparat", który na swą płytę zaadaptował Wasilewski. Zaraz po niej rozbrzmiewa niekwestionowany hit albumu autorska kompozycja polskiego pianisty "Night Traind To You". Choć można się śmiać, że jest to raczej historia podróży nocnym pociągiem z Koszalina do Warszawy przez Lębork, Malbork, Nasielsk, Legionowo... a raczej wygodna podróż Deutsche Bahnem z Dusseldorfu do Munchen, kompozycja jest lekka, pełna energii, pogody - prawdziwy przebój w jak najlepszym znaczeniu tego słowa.
Wśród niebanalnych źródeł inspiracji pojawia się jeszcze w kompozycji "Oz Guizos" Hermeto Pascoal - brazylijski jazzman, którego podziwiać można np. w takiej odsłonie...
Najciekawsze, co chyba najważniejsze, są utwory napisane przez samego Wasilewskiego. Obok "Last train..." w pamięć wbija się "Song for Świrek". Dedykowana pamięci Marka Świerkowskiego kompozycja oparta jest jakby na gitarowym riffie, które tutaj wykonuje fortepian. Nie można pominąć "Mosaic", w którym prym wiedzie kontrabas Sławomira Kurkiewicza, czy nastrojowego "Woke up in the desert" i delikatnego, wspomnianego już finału "Lugano Lake".
Jeden z internautów (którego imię i nazwisko nie brzmiało zbyt słowiańsko) nazwał Marcina Wasilewskiego najlepszym pianistą tej planety od czasów... Fryderyka Chopina. Gdzie indziej znaleźć można, obok peanów na cześć "January" obawy czy polskie trio nie będzie miało syndromu drugiej płyty. Na "Faithful" idą za ciosem, szukając nowej muzyki, stawiając na własne pomysły i patenty, a przy tym płyta wydaje się w duchu weselsza. Tymbardziej cieszy, że ich kolejny krążek ma nosić tytuł "Eksperyment". Teoretycznie w trio musi być leader, i jest, jednak czuje się, że ten zespół to jeden organizm - wielką radość sprawia podglądanie jego ewolucji, według rzadko stosowanej nad Wisłą strategii "zrównoważonego rozwoju".
RadioJAZZ.FM Poleca!
Kajetan Prochyra
A na koniec końców... Nie mogłem się powstrzymać przed sięgnięciem po inny standard może i równie znanego Marcina Wasilewskiego:
Angelica Sanchez "A Little House"
Dla jednych określenie "awangardowy" działa jak zachęta, dla innych odstrasza przed sięgnięciem po daną płytę. Pierwsza solowa płyta nowojorskiej pianistki i kompozytorki Angelici Sanchez "A little house" może być szansą na spotkanie jednych i drugich. Może także i trzecich - amatorów krzyżówek i szarad...
Pierwszym Angelici Sanchez zapewne przedstawiać nie trzeba. Dla porządku wymienić można jej co bardziej znanych i pokręconych muzycznych partnerów: Wadada Leo Smith (Golden Quartet, Organic), Tony Malaby, Michael Formanek (Angelica Sanchez Quartet), Ralph Alessi, Paul Motian (Kevin Tkacz's Lethal Objection), Adam Lane, Tim Berne, Susie Ibarra i tak dalej... Sanchez bez wątpienia należy do gwiazd nowojorskiej sceny niezależnej. Koncerty ma zaplanowane średnio co tydzień, na ogół bez konieczności ruszania się z Nowego Jorku.
Słuchaczy szukających w muzyce ukojenia, bardziej niż mrożącej krew w żyłach przygody, przekonać może rekomendacja Carli Bley:
"Jest taka muzyka, której najlepiej słucha się w samotności. [...] Każdy utwór jest jak historia opowiedziana ci w zaufaniu. [To płyta] pełna niespodzianek, elegancji, o ciekawej, pełnej odniesień strukturze, napisana nowatorskim językiem, zawierająca onieśmielająco oryginalną treść. Nawet utwory w całości improwizowane wydają się mieć swoją fabułę. Jeśli planujecie rozbić się na bezludnej wyspie, spakujcie zawczasu kopię "A Little House".
A teraz zachęta dla szaradzistów melomanów:
/choć z drugiej strony dodać muszę klauzulę: UWAGA! Dalsza część artykułu może zawierać szczegóły fabuły i zakończenia. Tych, którzy chcą rozkodowywać płytę na własną rękę (ucho) - do czego zachęcam - odsyłam do ostatniego akapitu. /
Album otwierają dźwięki szarpanych ręką strun, przeplatane szybkimi, goniącymi po klawiaturze frazami, Nic na tym krążku nie jest jednak przypadkowe. Temat ten - "Chantico" - bierze swój tytuł od imienia azteckiej bogini złotników i jubilerów, a także domowników, którzy wierzyli, że weźmie ona pod swoją opiekę wszystkie drogocenne przedmioty, które pozostawili w domu. Po pokłonie Bogini, Sanchez rozpoczyna swą opowieść i odsłania skarby.
Już po chwili muzykę wypełnia duch spokojnej, filmowej Ameryki w pieśni gwiazdy muzyki country - Hanka Thompsona "I'll Sign My Heart Away". W wersji oryginalnej jest to wyznanie mężczyzny na dzień przed ostateczną rozprawą rozwodową. W swojej wersji, Sanchez zastąpiła śpiew brzmieniem zabawkowego pianina.
"Along the Edge" nawiązuje delikatnie do utworu o podobnym tytule zespołu Concrete Blond. Portugalski tytuł "A Casinha Pequenina" czyli po portugalsku tytułowy A Little House - mały, maleńki domek, to nie językowy ukłon w stronę - Pedro Costy i wydawnictwa Clean Feed. Piękne lekko przytłumione dźwięki fortepianu interpretują tu głos Silvio Caldasa - brazylijskiego kompozytora i pieśniarza, autora tego tematu.
Każdorazowe odkrycie inspiracji daje słuchaczowi oczywiście wielką satysfakcję. Im jednak bardziej zagłębiamy się w te poszukiwania, tym robi się dziwniej. Oto bowiem utwór "Streched", minimalistyczna, romantyczna ballada z elementami muzyki repetatywnej, sięga korzeniami do... twórczości izraelskiego zespołu psychodeliczno-transowego "Infected Mushroom". Fakt takiego spotkanie i to, co wyniosła z niego Sanchez jest powalające...
A tempo i szał nie zwalnia... "Trickle" to nawiązanie do utworu Morgan Van Dam spopularyzowanego przez reklamę telewizorów Samsung. "Crawl Space" to nie cytat z horroru z Klausem Kinskim w roli głównej, ale kompozycji Arta Farmera - a może jest to spotkanie jednego z drugim.
Gdy dotarłem do końca albumu nabierając przekonania, że zagrany przez Sanchez na zabawkowym pianinie, brzmiącym jak pozytywka "Mimi" to cytat z piosenki pod tytułem "Mimi sara" włoskiego piosenkarza Francesco De Gregori, zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym, czy aby nie zwariowałem, czy nie gram w filmie "Shutter Island" lub nie za dużo czasu spędzam na youtubie. Może (prawie) wszystkie te odwołania to bzdury i siła sugestii? A może nadużyłem zaufania Chantico...
Prawie każdy utwór na tej płycie to zagadka, cytat, odwołanie. Dekodowanie jej sprawia frajdę, podobną chyba do tej, którą mają amatorzy "Przekrojowych" krzyżówek. Nagroda w tym konkursie jest jednak niewymierna - zachwyt i podziw nad tym jak Angelica Sanchez przetwarza, a może po prostu słyszy muzykę. W tej muzyce nie ma grama kiczu, tandety, czy puszczania oka do słuchacza. Jej interpretacje brzmią jak nowocześnie zagrane jazzowe standardy, gdy w rzeczywistości są kolekcją muzyki, zbieraną przez artystkę zapewne przez całe życie. Płyta ta powinna być wydana podwójnie, wraz z oryginalnymi tematami - źródłami. Wtedy jednak słuchaczowi odebrano by szaradę a błyskotliwość Sanchez może nadto rzucałaby się w oczy. Cudowna, autorska muzyka.
Polecam, choć przestrzegam przed obłędem,
Kajetan Prochyra
Subskrybuj:
Posty (Atom)

